Gdy zakładałam bang! done chciałam tylko mieć pieniądze na swoje podróże i karmę dla kota, Hansa. Dziś śmiało mogę powiedzieć: przeżyłam dwa lata prowadzenia firmy w Polsce. Czy gdybym mogła cofnąć czas, znów odpaliłabym działalność gospodarczą? Z czego jestem dumna? To pytania, które od tygodnia chodzą mi po głowie i dziś poszukam na nie odpowiedzi, nie tylko dla siebie, ale wszystkich, którzy myślą o własnej firmie.

Czym w ogóle zajmuje się bang! done?

Mam cztery nogi, które utrzymują mnie na powierzchni. Pierwsza z nich to produkcja wideo, czyli tworzenie od podstaw np. relacji z wydarzeń; spotów promujących miejsca, idee, osoby, wydarzenia. Nie są nam obce także inne multimedia jak np. animacje. Do tej pory pracowaliśmy dla administracji samorządowej i rządowej, organizacji pozarządowych, sportu, szkół i uczelni oraz biznesu. Wszystkiego po trochu, ale każda osoba, z którą współpracowaliśmy, była powodem, by stawiać sobie ambitniejsze cele i szukać nowych pomysłów, co przyznam szczerze, nie należy do rzeczy najłatwiejszych. Portfolio znajdziesz na naszej stronie, fanpage oraz instagramie.

Druga noga korzysta z dobytku wideo i jest niejako przedłużeniem go. Mam na myśli transmisje na żywo. Nie zawsze, nie wszędzie, nie wszyscy mają okazję być na miejscu wspaniałych wydarzeń, których jesteśmy świadkami. Stąd też coraz częściej proponujemy otworzenie przedsięwzięć na internautki_ów. Do tej pory transmitowaliśmy kongresy, mecze i gale rozdania nagród. To nowa działalność firmy i mam nadzieję, że postawiliśmy na właściwego konia.

To, co lubię najbardziej i dostarcza min największych emocji to produkcja wydarzeń, trzecia noga bang! done. Myślę też, że motto firmy: Jaką cytrynę przerobimy na lemoniadę? Najbardziej widać właśnie w tej działalności. To wyzwania, które biorę na swoje barki, z myślą o tym, że uczestniczki_cy mają przeżyć wspaniałe show, a klient_ka ma mieć wolną od zmartwień głowę tego wieczoru. To niezwykle twórcza praca, mocno oparta na technologiach, ludziach i wyczuciu — estetyki i czasu. Za mną moc wydarzeń, konferencji, jubileuszy, kongresów, gal i wręczenia nagród, ale liczę, że jeszcze wiele przede mną.

Czwarta i ostatnia noga jest najskromniejsza, ale była ze mną od zawsze, gdyż uwielbiam się dzielić wiedzą i stwarzać możliwości. Mam na myśli prowadzenie szkoleń i warsztatów. Z braku czasu robię to zdecydowanie za rzadko. Najczęściej pracuję z młodzieżą nad tematami ciałopozytywności, sprawiedliwości społecznej, wystąpień publicznych i przedsiębiorczych zachowań. Trzymajcie kciuki, aby kolejne miesiące przyniosły więcej przestrzeni na tę działalność.

Co zrobiłabym inaczej?

  1. Przyłożyłabym się do głębszego wysondowania, z czym konkretnie się wiąże prowadzenie firmy. Gdybym się lepiej wgryzła w swoje obowiązki jako przedsiębiorczyni, sporo rzeczy zniosłabym lepiej. Nie przechodziłam żadnego kursu wprowadzającego w arkana własnej firmy i w większości polegałam na własnym researchu i wsparciu kontrahentek_ów. Moc cennych lekcji wyciągnęłam w popełnionych błędów, za które jestem wdzięczna, ale dziś wiem, że spokojnie mogłabym ominąć parę zbędnych, gdybym się lepiej przygotowała.
  2. Częściej stawiałabym granice. Niby wszyscy wiedzą, że przedsiębiorcy_czynie pracują o wiele wiele dłużej niż etatowcy, ale nikt chyba do końca nie wie, co to znaczy dużo. Jeśli mam jakieś siwe włosy, to na pewno ze stałego stanu stresowego i braku sensownego odpoczynku. Za dużo brałam do siebie i na siebie. Dziś już zrozumiałam, jak ogromnie ważne jest delegowanie zadań i szanowanie swojego czasu, zwłaszcza prywatnego. Nie odbieram telefonów po określonych godzinach, w konkretnych sytuacjach, nie odpisuję na maile po 20.00. Nie dam się już wrzucić w szaleńszy bieg polskiego zapierdolu, najczęściej z pustą taczką. 
  3. Szybciej zrobiłabym prawo jazdy. Przez długie lata doskonale radziłam sobie z komunikacją publiczną, ale w mojej branży mobilność jest niezbędna. Gdybym szybciej zdecydowała się na to uprawnienie, więcej zleceń poprowadziłabym sprawniej. Na szczęście mam już i dokument i swój samochód, a więcej o doświadczeniach świeżo-upieczonej kierowczyni pisałam na fanpage bloga. 
  4. Uwielbiam nazwę bang! done, ale miałam masę pomyłek i nieporozumień związanych z anglojęzycznością nazwy. Ludzie na swój sposób wymawiali ją, wielokrotnie zmieniają znaczenie, czy wydźwięk, nie wspominając o myleniu z nazwą kategorii porno.

z fanpage: bang! done

Co mi pomogło w prowadzeniu firmy?

  1. Jakkolwiek złowrogo to brzmi, uratowały mnie procedury. Traciłam dużo czasu i energii na przypominanie sobie czego wymaga dane zadanie albo tłumaczenie, podczas gdy delegowałam działanie komuś. Spisałam sobie krok po kroku kilkanaście zadań. Czasem była to zwykła checklista sprzętu do zabrania, treść maila, którą przesyłam z wyceną, czasem rozpisany cały proces pracy z klientem_klientką podczas tworzenia eventu. Procedury i korzystanie z nich wyrobiło mi kilka nawyków, nauczyło odkładać rzeczy na miejsce, skróciło czas reakcji i co najważniejsze, zwiększyło mój psychiczny komfort pracy.
  2. Fizjoterapia. Nim się spostrzegłam, zastygłam. Nie zauważyłam wystarczająco wcześnie, że naprawdę dużo czasu spędzam przy komputerze. Wydawało mi się, że jeśli co jakiś czas mam kilka dni ciężkiej pracy fizycznej przy eventach, to się to jakoś wyrównuje. Nie zwróciłam też uwagi, że wstając od kompa, wsiadam do samochodu. W ubiegłym roku, od momentu zakupu samochodu (lipca) przejechaliśmy ponad 20 tys. kilometrów. I tak w którymś momencie kolana przestały pracować tak, jak powinny, a ja stałam się słupem soli. Do kupy pozbierała mnie Edyta, która nie tylko przywróciła mi sprawność, ale zwróciła uwagę na masę innych kwestii, które bagatelizowałam. Dzięki niej zrobiłam w końcu badania, nauczyłam się pić regularnie wodę, pracuję nad ergonomią pracy (pilnuję tego, jak siedzę, zmieniłam fotel do biurka). To ona mi pokazała, że tygodnie stołowania się na Orlenie i McDonalds’ naprawdę wpływa na cały organizm. Poza tym odkryłam, jak fascynującą maszynerią jest ludzkie ciało. Edyta pracowała ze mną wytrwale i dzięki niej wróciłam do…. treningów! Dbajcie o siebie, zwłaszcza gdy nikt Was nie pilnuje i nie bierze odpowiedzialności za Was i warunki Waszej pracy. Łatwo nie docenić swój organizm.
  3. Prowadzenie dziennika spotkań. Nosiłam ze sobą notes, w którym każde spotkanie firmowe odnotowywałam. Pisałam, kiedy się odbyło, kto brał w nim udział, co ustaliliśmy, deadline’y i następne kroki do zrobienia. Nauczyłam się też robić przed końcem spotkania mikropodsumowania, z  prośbą o potwierdzenie, czy dobrze zapisałam. Wydawałoby się oczywiste takie działanie, ale to złudna myśl. Sama przyłapałam się na tym, że nie będę notować – zapamiętam i zaraz wyślę maila z podsumowaniem, ale zaraz po spotkaniu ktoś do mnie dzwonił z inną sprawą, potem byłam już spóźniona na coś i w tej bieżączce codziennej, koniec końców zapominałam, co rano ustaliłam na spotkaniu. Notatki były arcypomocne, gdy do tematu wracało się po dłuższym czasie i rozmówca utrzymywał, że inaczej coś ustaliliśmy. Mnie wystarczyło wrócić do notatki i odnieść się do faktów.
  4. Toastmasters.  Zrobiłam sobie kilkuletnią przerwę od nich, ale nie da się ukryć, że od samego początku mogłam liczyć na ich wsparcie. Znalazłam tam księgową — ostoję spokoju, świetnego prawnika i ekspertkę od RODO. To tam także nauczyłam się dawać wartościową informację zwrotną, która daje pole do rozwoju. Niezwykle to pomaga, gdy pracujesz często pod presją czasu i potężnego stresu, i wiesz doskonale, że wybuch złości połączony z hasłem “Co robisz źle i czemu jesteś beznadziejny” nikomu i niczemu nie pomaga. Serio, dawanie dobrego feedbacku jest ultraważne w pracy z ludźmi. Pracujmy nad tym wszyscy.

Czego się nauczyłam prowadząc firmę?

  1. Poznałam swój styl pracy. Wiem, że nie jestem osobą zdolną do multitaskingu. Nie umiem pracować nad kilkoma sprawami jednocześnie i z trudem przychodzi mi przeskakiwanie z jednego tematu na drugi w szybkim tempie. Tracę dużo cennej uwagi na szybkie przeskakiwanie między jednym a drugim i wdrażanie się w nie. Pracuję blokowo i staram się utrzymać dyscyplinę, poprzez np. technikę Pomodoro.
  2. Myśleć, że od mojej pracy nie zależy czyjejś życie i nie ma co tak brać wszystkiego do siebie. Zwłaszcza gdy jesteś osobą, która ma skłonność do utożsamiania swojej pracy ze sobą, jako człowiekiem.
  3. Stawiać granice. Bardziej pilnuję swoich zasobów jakimi są czas, uwaga i kreatywność. Staram się: minimalizować głupie i zbędne elementy, dbać o czas wolny, który jest w bardzo limitowanej ilości oraz mniej zamartwiać rzeczami, na które nie mam wpływu. Częściej proszę o pomoc i mówię, że czego nie mogę/umiem/chcę zrobić.
  4. Należy celebrować sukcesy i  wyciągać lekcje z niepowodzeń. To ważne, by w czasie ciągłej zmiany, zaznaczać na swojej ścieżce te wyjątkowo przyjemne momenty jako kamienie milowe, bo może za jakiś czas trzeba będzie do nich wrócić i naładować nimi wewnętrzne baterie. A gdy coś nie wyjdzie, usiąść na tyłku i zastanowić się, co zrobiliśmy, co zawiodło i jak tego nie powtórzyć następnym razem.

Czy wystartowałabym z firmą, gdybym mogła cofnąć czas?

Były takie momenty, gdy myślałam o tym, jak łatwiej było mi na etacie. Że praca miała swój początek i koniec. Kończyła się o 16.00 i po tym czasie, mogę robić, co tylko mi się podoba. Były dodatki, premie, słodkie przekąski i kontakt z ludźmi. Cały listopad poprzedniego roku był moim krytycznym punktem. Byłam zmęczona i zniechęcona, mimo że firma notowała zyski.

Nic jednak nie zastąpi tego, że sama tworzysz sobie warunki płacowe i czasowe. Zarabiasz więcej, możesz pozwolić sobie na więcej  i  sama decydujesz o czasie wolnym. Z tą wolnością nierozerwalna jest odpowiedzialność za nią i ten duet potrafi mnie jednocześnie motywować i dać popalić. Gdybym mogła cofnąć czas, ponownie otworzyłabym działalność gospodarczą, ale jeśli lubisz piec pączki, nie otwieraj piekarni. A  może nie otwieraj jej w Polsce?

Z tym małym podsumowaniem zostawiam Cię w ten słoneczny weekend, życząc dużo radości z bliskich, siebie i wolnego czasu.