Na początku była czarna plandeka. A potem Katarzyna wysunęła się zza szerokiego kołnierza i przysunęła do twarzy Instagrama z nałożonym filtrem. A jeśli ktoś zza ramienia krzyczał mi do ucha: – Ej, to Nosowska! widziałam przed oczami kolegów z klasy licealnej – czystej krwii punków, potem tych ubranych w sztruks, a na koniec starsze koleżanki z długimi rozpuszczonymi włosami, co z rozczuleniem wspominały Woodstock. Śmiejcie się, mogło być inaczej, ale w moim wieku pamięć zawodna jest. Przyszedł w końcu 2018 i Nosowska przemówiła do mojego parchatego serduszka, zwłaszcza w tym miejscu na polską kulturę. 

Będąc jednak z Wami szczerą, muszę dodać, że pierwsze spotkanie bliższego stopnia było w Łebie, bodajże dwa lata temu. Pracowałam wtedy w Scenie Kulturalnej, która wówczas organizowała koncert Hey Unplugged. Przyszłam, pokołysałam się, przytuliłam sama do siebie, a nawet pośmiałam, gdy pomiędzy piosenkami pani Katarzyna z wielką wdzięcznością dziękowała przybyłym za aplauz. Przede wszystkim zaś wzruszyłam się i łza niejedna zakręciła się w oku, i dreszcz po plecach przebiegł. Było pysznie, ale koncert dobiegł końca i ja skończyłam pracę w Łebie, a potem przeleciały dwa szalone lata, jak to bywało już nieraz.

Potem objawił mi się Instagram z jej przecudownym „A ja żem jej powiedziała…”. Zachwyciła mnie forma, dystans i błyskotliwość. Nie znałam jej od tej strony i to mnie rozbroiło totalnie.


Zaraz potem był Festiwal Książki Opole, gdzie kupiłam jej książkę, która rozwija tę instagramową formułę. I jest to, za przeproszeniem, sztos! Dla osób, które kochają się w języku polskim to prawdziwie wielkopańska uczta. A, że do nich należę, czytając kolejne historie, byłam na skraju ekscytacji i oszołomienia. Wypisywałam sobie całe akapity do swojego dziennika i zastanawiałam się, który fragment stanie się moim nowym tatuażem.

Na koniec jeszcze tej nosowskiej przygody, na See Bloggers było spotkanie z nią (nieco czołobitne, ale ogólnie sympatyczne) zwieńczone koncertem. I to był szał! I show! Nie posądzałam pani Nosowskiej o takie energiczne, energetyczne zakusy, a tu proszę! Elektronika gra w najlepsze, Childish Gambino i Chemical Brothers w repertuarze, a do tego niezwykłe poczucie humoru, a nawet… choreografia z latarką w ręku! Sztos po raz drugi. I gdyby ktoś mnie spytał, kogo warto teraz obserwować, w kim zaczytywać się lub wsłuchiwać to z czystym sumieniem polecam Nosowską, która nie jawi mi się już jako smutna pani w czarnym namiocie.

Na koniec już zupełnie, obiecuję, „Ja pas!” to dla mnie taki happysadowy kawałek. Niby nutka pod nóżkę, ale tekst jak tarka do pięt. Związek z osobą uzależnioną to nie przelewki. I za tę mieszankę Nosowskiej dziękuję po raz któryś.

 

Fotografia główna jest autorstwa Marleny Bielińskiej.